piątek, 1 sierpnia 2014

Strasznie, ale krótko... czyli o grze Slender: The Arrival



Witajcie Slenderfani!
Jak wiecie od dawna istnieje już gra pt. "Slender: The Arrival", lecz gdybym nie ujął tego w blogu było by to nie tylko rozczarowaniem dla was czytelników ale również dla mnie, więc postaram się aby w Slendy Addict wszystko było dopięte na ostatni guzik. Możliwe jest, że nie wszystkie moje posty są posegregowane w jakiś sposób, bo nie są. Publikuje to co mi przyjdzie do głowy, tak spontanicznie. Nie przeciągając długo o sprawach organizacyjnych, przechodzimy do konkretu.

Pamiętacie? Darmowe Slender: The Eight Pages, mimo prostoty rozgrywki i słabej oprawy graficznej, podbiło serca amatorów horrorów. The Arrival rozbudowuje prosty pomysł do formatu pełnoprawnej gry, nie zatracając przy tym klimatu oryginału. Podczas gdy kolejne odsłony cyklu Silent Hill okazują się coraz większymi rozczarowaniami, a seria Resident Evil z prawdziwym horrorem ma już niewiele wspólnego, fani tego typu produkcji zmuszeni zostali szukać mocnych wrażeń wśród dzieł niezależnych. Mniejsze studia na szczęście radzą sobie z tematem całkiem nieźle, a Slender: The Eight Pages był tego doskonałym przykładem – prosty, ale udany pomysł i surowe wykonanie wystarczyły, by gra stała się internetowym fenomenem. Co jednak podoba się za darmo, może okazać się niedostateczne, gdy trzeba za to zapłacić. Deweloperzy z Parsec Productions dobrze o tym wiedzieli, dlatego komercyjna kontynuacja serii, Slender: The Arrival, oferuje znacznie więcej niż jej pierwowzór.
Od tego się zaczyna....
Kto miał już okazję pobiegać nocą po lesie, szukając ośmiu karteczek, w The Arrival poczuje się jak w domu.(W przenośni oczywiście ^^) Mechanika rozgrywki doczekała się jedynie drobnych korekt – świat gry nadal obserwujemy z perspektywy pierwszej osoby, o jakiejkolwiek broni możemy zapomnieć, a zabawa sprowadza się do odnajdywania konkretnych przedmiotów i wchodzenia z nimi w interakcje. Zmuszeni jesteśmy również unikać czyhających zagrożeń, w tym nienaturalnie wysokiego, odzianego w garnitur i pozbawionego twarzy Slendermana. 
Pierwsze chwile spędzone z grą są dość spokojne. Początkowy, będący prologiem, etap rozgrywki skupia się na zawiązaniu akcji i odpowiednim zbudowaniu napięcia przed właściwą jej częścią. Główna bohaterka odwiedza dom swojej przyjaciółki, gdzie zastaje poprzewracane meble i niepokojące rysunki na ścianach. Nie otrzymujemy żadnych informacji wprost, ale znajdowane tu i ówdzie papiery oraz listy pozwalają na zrozumienie zarysu fabularnego gry. Chociaż na tym etapie nie jesteśmy jeszcze bezpośrednio zagrożeni, twórcy wyjątkowo skutecznie zwiększają napięcie i rozbudzają niepokój. Kolejne etapy to już dramatyczne próby przeżycia.  
- Dobry wieczór, przepraszam ale proszę o trochę prywatności.
Cele, jakie stawia przed graczem Slender: The Arrival, są dość jednorodne – jeśli nie musimy akurat dotrzeć w konkretne miejsce, to skupiamy się na poszukiwaniu kilku istotnych z punktu widzenia fabuły przedmiotów, takich jak znane z Eight Pages strony manuskryptu czy generatory prądotwórcze potrzebne do uruchomienia windy. Cały czas jesteśmy przy tym ścigani przez tytułowego antagonistę, z którym bezpośrednie spotkanie, a nawet zbyt długie patrzenie na niego, kończy się śmiercią. Slenderman zachowuje się dokładnie tak jak w pamiętnym oryginale – choć pozornie nieruchomy, ma tendencje do czajenia się na gracza za jego plecami, okazyjnie potrafi także zaskoczyć, pojawiając się tuż przed naszymi oczami. Oprócz mężczyzny na jednym z poziomów poluje na nas także tajemnicza zakapturzona postać kobieca i jest to najciekawszy element, jaki wprowadzili twórcy względem darmowego pierwowzoru. Jej sposób działania jest zupełnie inny niż głównego przeciwnika i tym samym wymusza stosowanie odmiennych taktyk, by przetrwać, co znacząco urozmaica rozgrywkę. 
Rozległość lokacji, wysoki stopień trudności oraz częściowa losowość położenia kluczowych przedmiotów sprawiają, że powtórne przechodzenie tych samych plansz jest równie emocjonujące. Pochwalić należy też ekipę deweloperską za fakt, że nie zdecydowano się na żadne ułatwienia w postaci planów, strzałek wskazujących lokalizację celów czy kompasu. Zdani jesteśmy na własny zmysł orientacji, a jeśli zgubimy się, w panice uciekając przed wrogiem... cóż, nasz problem. A mapa? Mapę można sobie narysować samemu. Jak za starych, dobrych czasów.

Pozdrawiam
~ Admin Rake

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Prosimy o nie używanie wulgaryzmów w treści komentarza.