Witajcie Slenderfani!
Odwiedzając dziś bezkresny świat internetu w poszukiwaniu nowych materiałów na wpis do bloga, znalazłem coś co przykuło moją uwagę i to nie na chwilę. Po krótkim czasie nie topić się w bezkresnej otchłani umysłu (poetycko mraw), nacisnąłem na link do czegoś ciekawego o czym zaraz opowiem.
Więc wpadłem na ten oto link do filmu na Youtube. Z ciekawości co mnie zaskoczy nacisnąłem "Play" i obejrzałem film. Byłem mile zaskoczony.
Krótkometrażowy film horror kanału BlackBoxTV wyreżyserowany przez Michael Dahlquist-a noszący intrygujący tytuł PROXY: A Slender Man Story. Film opowiada jak sam tytuł wskazuje, o historii powstania Slendermana.
Głównego bohatera, Vince’a Wilson’a, prześladują mroczne sny, w których
odnajduje zmasakrowaną ofiarę z organami powkładanymi do plastikowych
torebek. Przeglądając dawne zdjęcia, zauważa na nich dziwnego,
szczupłego mężczyznę. Proxy: A Slender Man story to produkcja dopracowana w każdym
calu, dopieszczona i zapięta na ostatni guzik. O czymś takim mogą tylko
marzyć współcześni twórcy horrorów. Film trwa dziewięć minut, z których
reżyser wycisnął najwięcej, jak się dało. Dzieki sprawnemu montażowi
otrzymujemy spójną historię o mężczyźnie męczonym przez conocne
koszmary, który próbuje rozwikłać wiążącą się z nimi tajemnicę. Jednak
to nie historia jest tu najciekawsza. Wystarczy bowiem zagłębić się
odrobinę w mit o Slender Manie, by od początku wiedzieć jak potoczą się
losy Vince’a. Dahlquist pokazał przede wszystkim, że jest w stanie
przekazać widzom przerażającą opowieść w genialnej formie. Proxy...
to przede wszystkim wspaniałe zdjęcia. Niewiele mamy tutaj ujęć w
środku dnia, co oczywiście potęguje nastrój grozy. Jednak wielu twórców
nie radzi sobie z tego typu zdjęciami, pokazując za mało lub za dużo,
zmuszając widza do mrużenia oczu i wyszukiwania ukrytych w cieniu
przedmiotów. Tutaj wszystko jest widoczne, a do tego niesamowicie
estetyczne i profesjonalne. To nie żadna amatorszczyzna lecz film na
bardzo wysokim poziomie.
Poziom ten trzymają również aktorzy.
Jest ich tylko dwoje: Matthew Mercer i Marisha Ray. Każde z nich spisuje
się świetnie, przekonująco w swoim lęku czy paranoi. Zwłaszcza rola
Mercera warta jest pochwały, gdyż aktor nie miał łatwego zadania. Musiał
poradzić sobie z wczuciem się w rolę zmęczonego i zastraszonego
mężczyzny, który czuje, że jego życie coraz bardziej wymyka się spod
kontroli. Nie spodziewałem się tak wysokiego poziomu aktorskiego,
dlatego było dla mnie ogromnym zdziwieniem, gdy zobaczyłem dwójkę
aktorów, którzy swobodnie poradziliby sobie w filmie pełnometrażowym.
Wisienką na torcie jest muzyka, a
właściwie całe udźwiękowienie filmu. Już w pierwszych sekundach
otrzymujemy dziwne, mechaniczne dźwięki, które kojarzą się z
rozregulowanym radiem. A z czasem będzie tylko lepiej. Coraz głośniejsze
szumy w chwilach przerażenia i cicha, acz cały czas wyraźna muzyka w
momentach, w których zdawać by się mogło, że bohaterowie prowadzą
normalne życie. Gdzieś w tle czai się bowiem to niesamowite przerażenie,
które ożywa nocą. Gra dźwiękiem jest jednym z największych plusów tej
produkcji.
Proxy: A Slender Man story to jedna z najlepszych
krótkometrażówek jakie widziałem w życiu nie dlatego, że dotyczy postaci Slendermana. Dopracowana w każdym calu
historia i cudowne wykonanie sprawią, że pożałujecie, iż jest to tylko
dziewięciominutowy film. Jestem przekonany, że po obejrzeniu tej
produkcji – parafrazując słowa Piotra Bałtroczyka – dogłębnie poznacie
znaczenie słowa biegunka.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Prosimy o nie używanie wulgaryzmów w treści komentarza.