czwartek, 31 lipca 2014

Film o historii Slendermana, czyli PROXY: A Slender Man Story

Witajcie Slenderfani!
Odwiedzając dziś bezkresny świat internetu w poszukiwaniu nowych materiałów na wpis do bloga, znalazłem coś co przykuło moją uwagę i to nie na chwilę. Po krótkim czasie nie topić się w bezkresnej otchłani umysłu (poetycko mraw), nacisnąłem na link do czegoś ciekawego o czym zaraz opowiem.
Więc wpadłem na ten oto link do filmu na Youtube. Z ciekawości co mnie zaskoczy nacisnąłem "Play" i obejrzałem film. Byłem mile zaskoczony. 
Krótkometrażowy film horror kanału BlackBoxTV wyreżyserowany przez Michael Dahlquist-a noszący intrygujący tytuł PROXY: A Slender Man Story. Film opowiada jak sam tytuł wskazuje, o historii powstania Slendermana.
Głównego bohatera, Vince’a Wilson’a, prześladują mroczne sny, w których odnajduje zmasakrowaną ofiarę z organami powkładanymi do plastikowych torebek. Przeglądając dawne zdjęcia, zauważa na nich dziwnego, szczupłego mężczyznę. Proxy: A Slender Man story to produkcja dopracowana w każdym calu, dopieszczona i zapięta na ostatni guzik. O czymś takim mogą tylko marzyć współcześni twórcy horrorów. Film trwa dziewięć minut, z których reżyser wycisnął najwięcej, jak się dało. Dzieki sprawnemu montażowi otrzymujemy spójną historię o mężczyźnie męczonym przez conocne koszmary, który próbuje rozwikłać wiążącą się z nimi tajemnicę. Jednak to nie historia jest tu najciekawsza. Wystarczy bowiem zagłębić się odrobinę w mit o Slender Manie, by od początku wiedzieć jak potoczą się losy Vince’a. Dahlquist pokazał przede wszystkim, że jest w stanie przekazać widzom przerażającą opowieść w genialnej formie. Proxy... to przede wszystkim wspaniałe zdjęcia. Niewiele mamy tutaj ujęć w środku dnia, co oczywiście potęguje nastrój grozy. Jednak wielu twórców nie radzi sobie z tego typu zdjęciami, pokazując za mało lub za dużo, zmuszając widza do mrużenia oczu i wyszukiwania ukrytych w cieniu przedmiotów. Tutaj wszystko jest widoczne, a do tego niesamowicie estetyczne i profesjonalne. To nie żadna amatorszczyzna lecz film na bardzo wysokim poziomie.
59413 549438578415830 781798553 n


Poziom ten trzymają również aktorzy. Jest ich tylko dwoje: Matthew Mercer i Marisha Ray. Każde z nich spisuje się świetnie, przekonująco w swoim lęku czy paranoi. Zwłaszcza rola Mercera warta jest pochwały, gdyż aktor nie miał łatwego zadania. Musiał poradzić sobie z wczuciem się w rolę zmęczonego i zastraszonego mężczyzny, który czuje, że jego życie coraz bardziej wymyka się spod kontroli. Nie spodziewałem się tak wysokiego poziomu aktorskiego, dlatego było dla mnie ogromnym zdziwieniem, gdy zobaczyłem dwójkę aktorów, którzy swobodnie poradziliby sobie w filmie pełnometrażowym.
Wisienką na torcie jest muzyka, a właściwie całe udźwiękowienie filmu. Już w pierwszych sekundach otrzymujemy dziwne, mechaniczne dźwięki, które kojarzą się z rozregulowanym radiem. A z czasem będzie tylko lepiej. Coraz głośniejsze szumy w chwilach przerażenia i cicha, acz cały czas wyraźna muzyka w momentach, w których zdawać by się mogło, że bohaterowie prowadzą normalne życie. Gdzieś w tle czai się bowiem to niesamowite przerażenie, które ożywa nocą. Gra dźwiękiem jest jednym z największych plusów tej produkcji.

Proxy: A Slender Man story to jedna z najlepszych krótkometrażówek jakie widziałem w życiu nie dlatego, że dotyczy postaci Slendermana. Dopracowana w każdym calu historia i cudowne wykonanie sprawią, że pożałujecie, iż jest to tylko dziewięciominutowy film. Jestem przekonany, że po obejrzeniu tej produkcji – parafrazując słowa Piotra Bałtroczyka – dogłębnie poznacie znaczenie słowa biegunka.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Prosimy o nie używanie wulgaryzmów w treści komentarza.